Biblioteka moich marzeń – Stockholms Stadsbibliotek

Sztokholm moimi oczami

Kiedy myślę o miejscu, które już od wczesnego dzieciństwa mogłabym nazwać swoim drugim domem, do głowy przychodzi mi od razu biblioteka. Nigdzie nie czułam się tak podekscytowana i „u siebie” jak wśród rzędów półek od podłogi do sufitu wypełnionych książkami.

Każda ze stojących na półce książek była dla mnie nową przygodą, a długie rzędy półek wypełniające duże pomieszczenie gwarantowały, że przygoda nigdy się nie skończy. Oczywiście z wiekiem zaczęłam postrzegać te pomieszczenia, półki i ich zawartość nieco inaczej, bo każda kolejna książkowa przygoda czyniła mnie bardziej wymagającą i krytyczną. Zatem pomieszczenia szkolnych, miejskich i specjalistycznych bibliotek zaczęły się kurczyć, rzędy niknąć, niektóre w ogóle były przeze mnie pomijane, książki zaczęłam dobierać staranniej i zgodnie z moimi oczekiwaniami, przemyśleniami, konkretnymi zainteresowaniami, potrzebami i drogą rozwoju. Mogę stwierdzić z całą pewnością, że biblioteka mnie ukształtowała, co więcej stała się częścią mnie. To z pewnością tłumaczy moją fascynację praktycznie każdą biblioteką i muszę przyznać, że gdziekolwiek jestem (podróżuję) zawsze szukam biblioteki.


Moja droga do Stockholms Stadsbibliottek jest więc oczywista, choć nie była wcale prosta. Przeszkadzał głównie czas. Ciągle brakowało go na to, by spędzić co najmniej pół dnia w bibliotece. Sztokholm tyle oferuje, że ciągle mam problem wybrać, jakie miejsce chciałabym, mogę, mam ochotę odwiedzić. Ostatnio poddaję się nastrojom i potrzebom, a że naszła mnie potrzeba na wyciszenie, refleksję i zwolnienie tempa, więc nadszedł także i czas, by udać się do biblioteki.
Piękny ciemnopomarańczowy budynek skąpany w wiosennym słońcu wprost zachęcał do wejścia. Podróż po Stadsbibliotek zaczęłam od bocznego wejścia i poszukiwania kawiarni jako, że była najwyższa pora na fikę. I tu niestety spotkał mnie zawód, gdyż nie udało mi się wypić kawy w klimatycznej bibliotecznej kawiarni z jakże współczesnego powodu – przyjmowano płatność tylko kartą, a ja dysponowałam tylko gotówką. To niestety coraz częstszy problem w Sztokholmie dla takich retro wielbicieli żywej gotówki i portmonetki jak ja. Obejrzałam więc z żalem wszystkich spijaczy boskiego napoju (a było ich wielu) i udałam się do sali głównej.

 
Sztokholmska Biblioteka Miejska, otwarta w 1928 roku, to projekt Gunnara Asplunda stanowiący przejście i jednocześnie połączenie klasycyzmu z modernizmem, którego ideą fix była dostępność książek dla wypożyczających. To dlatego wspięłam się po schodach do ogromnej, zbudowanej na kształcie okręgu sali, w której obsłużyć się mogłam zupełnie sama. Kiedy stałam na środku i spoglądałam z zachwytem na otaczające mnie rzędy półek wypełnionych książkami na wysokość parteru i dwóch balkonów poczułam się jak w niebie. Zamknęłam na chwilę oczy i kiedy otworzyłam je ponownie byłam już pewna, że oto znalazłam bibliotekę marzeń. Trudno mi stwierdzić jak długo buszowałam po sali, wspinając się na najwyższe balkony po to tylko, by z radością dziecka odkrywać książki, które znam, czytałam lub mam w planach przeczytać. Oczywiście większość z nich była po szwedzku, ale nie brakowało także książek w innych, znanych mi językach – angielskim, niemieckim, łacinie. Nad półkami wiszą informacje z nazwą działów/gatunków literatury, dlatego też nie ma problemu, by szybko odnaleźć to, czego się szuka. Jeśli jednak nie chce się jak ja biegać z radością po balkonach, można najpierw na dole sprawdzić dostępność danej książki w systemie elektronicznym korzystając z kilkunastu stanowisk komputerowych. Jeśli i tego nie chce się komuś robić miła obsługa (bibliotekarka/bibliotekarz) chętnie pomoże w poszukiwaniach czy zaprowadzi do konkretnej sali specjalistycznej, których jest tam kilka.

 

Po zwiedzeniu sali głównej skierowałam się, zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, do działu psychologia, socjologia i inne nauki związane ze społecznym funkcjonowaniem człowieka. Odkryłam tam wiele pozycji, które znam, ale pewnie nie przeczytałabym ich po szwedzku (jeszcze nie, niestety). W salach specjalistycznych są też osobne czytelnie, ze stanowiskami komputerowymi, ale także z przepięknym widokiem przez ogromne okna (od podłogi do sufitu)wprost na park. Cudo! Mogłabym tam siedzieć w wygodnych fotelach i czytać całymi tygodniami. To naprawdę uzależniające!

  
Byłam także bardzo ciekawa sekcji dla dzieci. Znajduje się ona w osobnym skrzydle (wschodnim) biblioteki. Przy wejściu obowiązkowo miejsce na wózki, kurtki (a nawet buty) najmłodszych, dalej stoliki i krzesełka oraz wygodne kąciki dla maluchów z książeczkami i zabawkami, przyborami do rysowania. Dalej rzędy półek z książkami podzielone na kategorie wiekowe i następnie gatunki. Wśród półek z książkami w różnych językach (m. in. sapmi, fiński, norweski, duński, arabski, francuski, niemiecki etc.) odnalazłam i polskie pozycje dla dzieci.

Wszędzie oczywiście stoliczki, krzesła, ławeczki, fotele. Czułam się zachęcona, by usiąść i zatopić się w lekturze. Zresztą podczas mojej wizyty przy jednym ze stolików kilkoro nastolatków pracowało właśnie nad wspólnym projektem naukowym. Na tej sporej przestrzeni znajdowało się zresztą dużo więcej osób – pojedyncze nastolatki, dzieci przedszkolne z mamami lub ojcami (sic!), maluchy z babciami i/lub dziadkami. Biblioteka tętniła życiem! Wiedziałam jednak, że na samym końcu, w znów zaokrąglonej części czeka mnie niespodzianka – cudowne miejsce dla dorosłych i dzieci, w którym można usiąść na poduchach i obejrzeć mini przedstawienie, posłuchać czytającego książkę, czy samemu poczytać lub po prostu posiedzieć delektując się widokiem malowidła wypełniającego ściany i sufit pomieszczenia.

  

A nawet zasnąć, bo otaczające mnie dzieło to praca Nilsa von Dardela, szwedzkiego malarza i rysownika postimpresjonistycznego, nosząca jakże znamienny tytuł Jon Blund (co w języku szwedzkim oznacza „głęboki sen, personifikację snu”, a przedstawia skandynawską magiczną istotę przynoszącą sen). Piękna, nasycona kolorami praca, którą mogłabym „pochłaniać” aż do zapadnięcia w głęboki sen, do czego zachęcały rozrzucone wokół poduchy.

  

Czy to aby nie sen? Tak przyjazne i pełne książek, ludzi, myśli, dobrej energii miejsce uczynione ludzka ręką, a przypomina mi niebo. Taka właśnie jest Stadsbibliotek w Sztokholmie. Otoczona pięknym parkiem, którego także nie chce się opuszczać. Prawdziwy must każdego kto kocha opowieści i magiczne miejsca. Ja zostałam zaczarowana, będę wracać regularnie.

More by Gabriela Glajcar