Grenlandzki chłód w wydaniu Madsa Pedera Nordbo

Fika

Wiosna za oknem i ciepełko, a mnie wygnało na Grenlandię. Sięgając po książkę Madsa Pedera Nordbo nie wiedziałam jeszcze, że od pierwszej do ostatniej strony moim wiernym towarzyszem będzie wszechogarniający chłód.

I nie chodziło tu tylko o palący twarz głównego bohatera mróz, ścinający z nóg i wdzierający się do domów wiatr czy deszcz, ale takie prawdziwe i dogłębnie przenikliwe zimno, mrożące serca i odsłaniające zło ukryte pod powierzchnią skutą lodem. Dosłownie, bo akcja zaczyna się w momencie, kiedy prastary lód wypluwa ze swych głębin zmumifikowane ciało, jak ropę z tkwiącego mu od 40 lat w gardle ohydnego wrzodu.

Nie dziwi mnie bynajmniej, a szczerze fascynuje gra pozorów, hipokryzja i druga, ciemniejsza strona małomiasteczkowych, odciętych od świata i zanurzonych w sobie społeczności. Ta duszna atmosfera, gdy w powietrzu, choć mroźnym i przejrzystym, czuć smród tak wyraźnie, jakby kawałkami wkładany wprost do ust. Prawdziwa ogarniająca zmysły ohyda! Do takiego właśnie miejsca trafia dotknięty osobistą tragedią młody dziennikarz – Duńczyk, czyli persona non grata wśród chroniących swoją odrębność Innuitów. Czy Grenlandia dostarczy mu pożądanego katharsis? Jakim kosztem? Kto i jak rozegra nim swoje brudne interesy?

I jest jeszcze ona. Dziewczyna bez skóry. Osłonięta przed światem pożerającym bluszczem. Niewidzialna z wyboru. Kobieta o wyglądzie chłopca. Niedostępna. Odmawiająca mężczyznom wstępu do swojego świata. Nie bez powodu. To ona jest kluczem. Jej cierpienie otwiera oczy i zamyka usta, powoduje, że odwieczny lodowiec pozbywa się brudu ujawniając trupy co rusz „wypadające z małomiasteczkowych szaf”, a właściwie barbarzyńsko wypatroszone i przybite do podłóg w różnych domostwach.

Jednak najbardziej bolało mnie zajrzenie do starego, pokrytego rdzą kontenera. Nie umiałam podejść i zajrzeć pod koc leżący w rogu. Zamykałam oczy z dziecięcą nadzieją, że kiedy je otworzę kontenera już nie będzie. Na próżno. Kosteczki małej dłoni miały ujrzeć światło dzienne. Dziewczynka nie mogła zostać zapomniana. Jej życie było ważne. Tak samo jak przetrwanie innuickiej społeczności odciętego od świata miasteczka.

Dreszcze towarzyszyły mi nieustannie podczas spotkania z Madsem. Postanowiłam więc, że każde kolejne wymaga gorącej kawy z kardamonem i rozgrzewającej kaszki jaglanej . Tylko tak można je przetrwać nie zamarzając.

More by Gabriela Glajcar